Skąd wzięła się inicjatywa NIEWYPALSIE?
Pamiętam ten dźwięk. Szum klimatyzacji w warszawskim biurowcu firmy mediowej, rytmiczne stukanie w klawiaturę i ten nieustanny, cichy szum w głowie – głos, który szeptał: „Jeszcze tylko ten jeden mail. Jeszcze ten jeden projekt. Musi być idealnie. Jeśli odpuścisz, wszystko runie”.
Mój dawny świat był fascynujący, pędzący i... ślepy. Kochałam swoją pracę. Każde nowe zadanie było jak rzucone mi wyzwanie. Tworzyłam projekty nietuzinkowe, które burzyły zastany porządek, zmieniały zasady gry. Ale ta odwaga miała swoją mroczną cenę. W organizacji brakowało wsparcia, a wokół mnie narastał opór przed zmianami. Zamiast zespołu, miałam wokół siebie mur. Pracowałam po 10, 12 godzin na dobę. Moja codzienność stała się lawiną obowiązków, pod którą powoli, centymetr po centymetrze, brakowało mi tlenu. Panicznie bałam się porażki. Zakładałam zbroję herosa i biegłam dalej, ignorując fakt, że pod tą zbroją moje własne ciało zaczynało powoli wysychać z emocji i sił.
Pierwszy raz świat zatrzymał się bez mojej zgody. Po prostu odcięło mi zasilanie – omdlałam na środku spotkania rekrutacyjnego. Pamiętam chłód lekarskiego gabinetu i lekarkę, która znad zsuniętych na nos okularów rzuciła mi chłodne, ironiczne spojrzenie: – Niech zgadnę, firma się bez pani zawali? – zapytała. Chciałam krzyczeć, że tak, że muszę wrócić za dwa tygodnie, że cztery tygodnie zwolnienia to wyrok śmierci dla moich projektów.
Niedługo potem, na klatce schodowej w firmie, poczułam na ramionach silny uścisk dłoni dyrektor HR. Spojrzała mi prosto w oczy. W jej głosie nie było korporacyjnego dystansu, była czysta, ludzka troska: – Zastanów się, czy warto się tak spalać dla nieswojej firmy?Te dwa zdania uderzyły we mnie jak obuchem. Rozejrzałam się wokół siebie i poczułam przerażającą, lodowatą pustkę. Zrozumiałam, że poza pracą nie mam już nic. Zniknęłam. Doszłam do momentu, w którym nie wiedziałam nawet, czy jestem głodna. Nie jadłam całymi dniami, bo lęk przed przerwaniem zadania i utonięciem w lawinie spraw był silniejszy niż instynkt przetrwania.
Moje ciało zaczęło chorować seriami. Każdy poranek w drodze do pracy był fizycznym bólem. Choć udowodniłam sobie swoją wartość, wygrywając prestiżową rekrutację w zupełnie nowej branży za lepsze pieniądze, los zdecydował, że moja ścieżka musi skręcić gdzieś indziej. Zbiegły się trzy rzeczy: moje odejście, pandemia i ciąża.
Moje ciało zaczęło chorować seriami. Każdy poranek w drodze do pracy był fizycznym bólem. Choć udowodniłam sobie swoją wartość, wygrywając prestiżową rekrutację w zupełnie nowej branży za lepsze pieniądze, los zdecydował, że moja ścieżka musi skręcić gdzieś indziej. Zbiegły się trzy rzeczy: moje odejście, pandemia i ciąża.
Wylądowałam w lesie. Dosłownie. Kolejny rok spędziłam na długich, cichych spacerach między drzewami. Bez bodźców, bez powiadomień, bez miażdżącego ciężaru cudzych oczekiwań. Mój przebudzony układ nerwowy uczył się świata na nowo – zapachu wilgotnej mchu, dotyku kory, smaku jedzenia jedzonego bez pośpiechu.Potem przyszedł poród. Niesamowite, mistyczne doświadczenie, które w ułamku sekundy zresetowało moje priorytety. Wszystko stało się nagle uderzająco proste i wyraźne. Przełom, który dokonał się we mnie w tamtym okresie – podparty głęboką terapią przed i po porodzie – pozwolił mi wreszcie nazwać i oswoić moje demony: perfekcjonizm, lęk przed porażką, brak asertywności i chorobliwą nadodpowiedzialność. Przez kolejne półtora roku po prostu byłam. Dla dziecka, dla siebie, ucząc się celebrować najmniejsze okruchy codzienności.
Powrót do świata zawodowego nie był powrotem do starej klatki. Postanowiłam zbudować swój dom na nowo, klocek po klocku, według zupełnie innych zasad. Moim nowym kompasem stała się bezkompromisowa szczerość wobec samej siebie.
Powrót do świata zawodowego nie był powrotem do starej klatki. Postanowiłam zbudować swój dom na nowo, klocek po klocku, według zupełnie innych zasad. Moim nowym kompasem stała się bezkompromisowa szczerość wobec samej siebie.
Nauczyłam się asertywności w dostępności. Moja praca kończy się po 8 godzinach – bez dyskusji i bez wyjątków. Po godzinach telefon służbowy dla mnie nie istnieje. Zamiast jednoosobowej armii, wybrałam budowanie relacji: nauczyłam się odważnie prosić o pomoc i otwarcie mówić o problemach. Skończyłam studia z Empatycznej Komunikacji w Organizacji na SWPS, by dać samej sobie i innym język pełen łagodności, a nie batów i wymagań.
Z tego doświadczenia, z tego przebytego ognia, narodziła się Fundacja i kampania #niewalczsam. Chciałam stworzyć bezpieczną przystań dla ludzi, którzy dziś stoją na tej samej krawędzi, na której i ja niegdyś stałam.
Dzisiaj jestem spełnioną kobietą, która kocha to, co robi. Pracuję w amerykańskiej organizacji, która dzieli moje wartości, w zespole pełnym serdeczności i autentycznego wsparcia. Co najważniejsze – całkowicie odcięłam to, co kiedyś mnie spalało. Nie zarządzam już projektami w Excelu. Zajmuję się ludzką stroną projektów: change managementem.
Dzisiaj jestem spełnioną kobietą, która kocha to, co robi. Pracuję w amerykańskiej organizacji, która dzieli moje wartości, w zespole pełnym serdeczności i autentycznego wsparcia. Co najważniejsze – całkowicie odcięłam to, co kiedyś mnie spalało. Nie zarządzam już projektami w Excelu. Zajmuję się ludzką stroną projektów: change managementem.
I tu zamyka się ta niezwykła, życiowa pętla. Kiedyś samotnie burzyłam status quo w korporacji, płacąc za to zdrowiem. Dzisiaj profesjonalnie przeprowadzam ludzi przez zmiany, dbając o ich dobrostan, a poprzez platformę niewypalsie.pl – bez presji, organicznie, hobbistycznie – daję głos specjalistom i specjalistkom od zdrowia psychicznego, z których niejeden/na sam/a doświadczył/a wypalenia zawodowego na własnej skórze.
Wróciłam z tej dalekiej, ciemnej wyprawy z eliksirem, którym chcę się z Tobą podzielić.
Chcę Ci dzisiaj powiedzieć: wypalenie zawodowe to nie koniec. To brutalne, ale potężne wezwanie do napisania swojej historii na nowo. Nie musisz walczyć z tym sam/a.